Monthly Archives: Wrzesień 2011

Czy Foodcare nie chce zarobić?

W spożywczym naprzeciwko kultowe Frugo po 2,09. Coś tanio. Pomyślałem: to chyba taki lokalny fenomen. Ale nie – w internetowych delikatesach Alma24 – 1,99. Czyżby pan Włodarski nie chciał zarobić na swoim nowym nabytku?

Bo to jest tak: Są klienci nakręceni na nowości i ulubione marki, jest ich tak 18% – mówią podręczniki. I po wprowadzeniu (lub powtórnym wprowadzeniu) produktu na rynek to właśnie ta grupa robi obrót. Potem dopiero dołącza większość, a w miarę, jak produkt się starzeje ci „przodownicy” go opuszczają, a ich miejsce zajmują „naśladowcy” (nieco mniej liczni).„Przodownicy” dzielą się na absolutną awangardę (3% całości) oraz „otwartych” (15%). I co bardzo miłe – są skłonni wydać więcej, niż klient masowy. Tak o 20-30%.

Sprawdziłem – na maciupkiej wprawdzie próbie – i wyszło podręcznikowo: 18,2% spytanych przeze mnie osób uważa, że mała butelka Frugo powinna kosztować 2,20-2,70 zł, czyli średnio 22,5% więcej, niż obecnie. Pozostali „respondenci” ustawili optymalną cenę na poziomie 2 zł lub nieco mniej. Przy czym pamiętajmy, że „powinno kosztować” to nieco mniej, niż „wydam”.

Dodatkowo weźmy pod uwagę historię marki. W pierwszej kolejności sięgną po nią nie tylko gimnazjaliści, ale i ludzie, którzy maturę zdali w ubiegłym stuleciu. Sentyment. A więc ustabilizowani, z własnymi dochodami. Stać ich (nas) na te 2,70.

Pomyślmy też o „markotwórczej” roli ceny. Przy launchu/ relaunchu ludzie nastawieni są na gromadzenie wiadomości o marce. A cena też jest informacją – i to nader cenną. Drogie = fajne. Tanie = słabe. Średnie = ? Dlatego właśnie ciuchy na początku sezonu są o 30-40% droższe, niż w szczycie i o 70% droższe niż pod koniec sezonu (w kategorii moda cykl życia produktu zamyka się w ciągu jednego sezonu, więc i wahania są dużo mocniejsze).

A przecież Frugo to powinna być marka jeśli nie aspiracyjna to przynajmniej dodająca ciut splendoru użytkownikowi.

Konsumenci widząc na „dzień dobry” 2 zł, za kwartał i za rok będą oczekiwali cen niższych – oni też przecież uczą się rynkowej praktyki.

No, nie szkoda mi że właściciel marki stracił 50 groszy razy X milionów. Ale szkoda, że na tak fajnej marce popełniono szkolny błąd.


 

Marzy mi się

Marzy mi się rzetelny i fajny marketing sklepów osiedlowych i małych, lokalnych sieci detalicznych. Wygląda na to, że w tej dziedzinie czas zatrzymał się 20 lat temu, kiedy sprzedawało się wszystko. Marketing jakiś musi być, ale – może poza promocją sprzedaży – służy detalistom głównie do ozdoby. A mogłoby być tak pięknie…

Weźmy sieć spożywczych sklepów samoobsługowych w dużym mieście:

Mądry CSR: Każdy sklep staje się aktywnym elementem sąsiedztwa – na przykład:

  • Na każdy sklep przypada niewielka pula grantowa, do zdobycia na lokalne inicjatywy mieszkańców.
    • Albo klienci sklepu głosują na instytucję lub organizację z najbliższej okolicy, której zostanie udzielone wsparcie (kiedyś robiło tak ze szkołami Tesco, przy okazji kampanii back to school).
    • Albo sklepy stają się partnerami święta ulicy, szkolnego dnia sportu, czy może parafialnego odpustu.

Efekt? Jeszcze jedna przewaga konkurencyjna: sympatia. I przekonanie klientów, że część wydanych pieniędzy zostaje w sąsiedztwie. Przyznacie, że skuteczniejsze to, niż okazjonalne odpalanie końcówek magazynowych anonimowym „biednym i potrzebującym”.

Gazetka cenowa, która nie ląduje od razu w koszu – bo jest tam coś do poczytania: kalendarz remontów ulic, artykulik o historii jakiegoś budynku, zdjęcie pierwszoklasistów. Czy choćby – banalnie – przepis na coś smacznego, albo łamigłówka i konkurs dla dzieci.

Dużo to nie kosztuje (zresztą i tak płacą dostawcy), a podnosi skuteczny zasięg gazetki. Myślicie, że nie? Popatrzcie na gazetkę Biedronki – po coś się starają.

Profil na Facebooku? Zamiast bzdurnych wpisów o pogodzie i starych piosenek – praktyczne informacje, w tym dotyczące oferty sklepów (to marketing, więc sprzedajemy!) i wydarzeń w mieście. A także tablica ogłoszeń klientów: ?Kupię?, ?sprzedam?, ?znaleziono portfel?, ?już go nie kocham? itd. No i oczywiście fanty dla fanów (do odbioru w sklepie). Oto prawdziwe sąsiedztwo.

E-commerce? Zamiast, lub oprócz, słabego sklepu -zamówienia online, do zrealizowania w realu. Zakupy klienci robią w drodze z pracy do domu. Odstręczają ich kolejki w godzinie szczytu – jeśli mają stać w ogonku, równie dobrze mogliby podjechać do dyskontu lub hipermarketu. Ale, gdyby w porze lunchu skompletowali koszyk on-line, a po pracy tylko zapłacili i go odebrali – byliby wdzięczni.

To tylko kilka pomysłów. I chociaż dobre (niektóre aż żal mi publikować :) ), to przyznacie, że nie jakieś przełomowe. A jednak gdy myślę o spożywczaku naprzeciwko i paru konkurencyjnych markach z okolicy, wiem, że takie pomysły posunęłyby ich marketing o całe lata i podkręciły obroty. A gdyby jeszcze spięte były dobrą strategią – ech? może kiedyś.